Czy leki naturalne są lepsze od chemicznych?

Autor: ; Artykuł opublikowany (ostatnia modyfikacja ) przez Atopowe.pl.

Na naszym Forum często pojawiają się osoby, usilnie próbujące namówić nas na zakup tzw. leków naturalnych. Na uzasadnione wątpliwości co do skuteczności tych specyfików, zwykle odpowiadają: „trujcie się chemią skoro nie chcecie spróbować naturalnych środków”. Czy rzeczywiście „naturalne” jest lepsze od „chemii”?

Przykładowo, korę wierzbową używa się od wieków jako środka przeciwgorączkowego, przeciwzapalnego i przeciwbólowego. Faktycznie stosuje się ją podobnie do tego, jak my stosujemy aspirynę. Nie jest to zaskakujące, ponieważ już w 1838 roku chemicy zidentyfikowali aktywny składnik kory wierzbowej jako kwas salicylowy – od salix, botanicznej nazwy rodziny wierzbowatych – którego syntetyczną postacią jest kwas acetylosalicylowy, lepiej znany jako aspiryna. Gdybyś wziął tabletkę czystego, naturalnego kwasu salicylowego wyciągniętego z wierzby i tabletkę chemicznego kwasu salicylowego wyprodukowaną w fabryce Bayera, żadnymi znanymi metodami nie udałoby się stwierdzić różnicy między nimi. Obie składają się z tych samych cząstek subatomowych tworzących identyczne atomy, które są skupione w identyczny sposób, tworząc identyczne molekuły. Chemik nie potrafi znaleźć różnicy i zielarz nie potrafi znaleźć różnicy. Zresztą nawet zielarz, który wierzy, że istnieje różnica, nie potrafi jej znaleźć.

A co ważniejsze, twój organizm nie widzi różnicy: obie tabletki weszłyby dokładnie w tę samą reakcję chemiczną z receptorami bólu w twoim mózgu i z wrażliwą wyściółką twojego żołądka. Na tym poziomie określenie „naturalne” nie ma sensu. Podobnie jak inne ukochane demoniczne słowo miłośników natury – „chemiczne”. Przeczytaj napisy na opakowaniu kilku „naturalnych” produktów – mikstur, suplementów, żywności – a często spotkasz zapewnienie, że produkt nie zawiera „żadnych chemicznych dodatków” czy wręcz – choć rzadko już w obecnych czasach – „żadnych chemikaliów”. Cóż to właściwie znaczy? Słowo „chemiczne” nie opisuje tylko tych substancji, które znajdujemy w laboratorium czy syntetyzujemy w fabrykach. Nasze ciała są w całości zbudowane z chemikaliów; to samo dotyczy każdej substancji w podręczniku zielarza, niezależnie od tego, jak naturalnie jest pokryta błotem i rosą.

To jednak jest śmiesznie nieistotne i niewielu alternatywistów będzie się z tym sprzeczać. Nie chodzi mi o to, że wśród ludzi mających choćby najbardziej podstawową wiedzę o naukach przyrodniczych toczą się jakieś spory o znaczenie określeń „naturalny” i „chemiczny”, ale o to, że te określenia używane są do reklamowania środków, jak gdyby uzyskiwały przez to jakieś specjalne moce. Na nieszczęście, słowo „naturalne” ma dwa pokrewne znaczenia: opisuje coś, co występuje w naturze, a także coś, co odczuwa się jako słuszne, wygodne, uprawnione. Wszystko, co nie występuje w naturze, jest więc z definicji „nienaturalne”, to zaś jest synonimem złego lub wstrętnego.

Ta właśnie idea „naturalności” jest podstawą tak wielu błędnych wyobrażeń o tym, co medycyna alternatywna robi i jak działa. Jest to idea, która prowadzi do wniosków wahających się od dziwacznych do śmiechu wartych. „Naturalna” medycyna – mówi się nam – była stosowana z powodzeniem przez te starożytne kultury, które miały większe poczucie związku między człowiekiem a jego środowiskiem, niż wyalienowany człowiek Zachodu ma dzisiaj. Doprawdy? Łatwo dobrze odżywionemu mieszczuchowi, który ma czas i pieniądze, mówić o tym, jak ajurwedyczne leki, chińska terapia ziołowa czy starożytne środki afrykańskie czy indiańskie poradziły sobie z jego chronicznymi dolegliwościami, ale jeśli pojedziesz do krajów, w których istnieją tylko takie leki, zobaczysz, że marzą o dobrych, zachodnich antybiotykach, środkach przeciwbólowych i całej reszcie współczesnej i kosztownej farmakopei. Ugandyjczyk umierający na związaną z AIDS gruźlicę nie chce być leczony naturalnymi środkami swoich przodków; chce aseptycznej strzykawki pełnej antybiotyków, a potem chce dołączyć do programu szesnastu tabletek dziennie, który – na Zachodzie – ma szansę zatrzymania jego choroby. Kiedy rząd RPA skarży się, że nie dość uczyniono, aby pomóc zarażonym wirusem HIV w swoim kraju, którzy stanowią 10% populacji, nie prosi o pomoc w przygotowaniu „naturalnych” mikstur – chce AZT.

Także w krajach, w których tradycyjne środki uważa się za dominujące i skuteczne, występuje pęd ku terapiom Zachodu. Statystyki w Hong Kongu pokazują, że zaledwie 14% młodych ludzi skłonnych jest odwiedzić tradycyjnego uzdrowiciela, gdy mają problem ze zdrowiem, a w Japonii, gdzie ludzie mają dostęp zarówno do tradycyjnych, jak i nowoczesnych metod, jeszcze większa liczba wybiera te drugie. W samych Chinach nie więcej, niż 18% populacji używa dzisiaj tradycyjnych leków i dzieje się to w kraju, w którym są one tanie i dostępne dla wszystkich. Spójrzmy na jakikolwiek kraj Wschodu, w którym przeważa tradycyjna medycyna, a zobaczymy społeczeństwo o wysokiej śmiertelności niemowląt, w którym ludzie umierają młodo, gdzie choroby u nas leczone rutynowo łatwo dostępnymi lekami powodują ból i cierpienie. Tradycyjne środki są cudowne, jeżeli mieszkasz na Zachodzie i masz do czynienia z wrażliwym żołądkiem czy atakiem niepokoju, oraz jeśli masz współczesną farmakopeę, do której możesz się odwołać, kiedy sprawy stają się poważne; są one natomiast bezużyteczne przeciwko chorobom, które codziennie zabijają i okaleczają mieszkańców krajów skąd pochodzą.

Dlaczego więc tak wielu z nas mówi, że woli to, co „naturalne”, od tego, co „chemiczne”?

Cudowne mikstury i inne troski

John Diamond

Homeopatia jest nieskuteczna

…na zapalenie zatok przepiszą ci oczywiście antybiotyk i dodatkowo środek homeopatyczny, aby upewnić się, że antybiotyk zadziała!